czwartek, 30 sierpnia 2012

Rozdział 3

siemson. 
no i następna notka, proszę zostawiajcie komentarze, 
nie muszą być to oceny, ale chociażby coś żebym wiedziała, 
że ktoś to w ogóle czyta :) 

      Następny dzień przyszedł bardzo szybko. Harry miał właściwie wrażenie, że w ogóle nie spał. Cały czas myślał o tym liście. Starał się wytłumaczyć samemu sobie czy to naprawdę coś znaczyło, bo nie miał pojęcia co o tym myśleć. Miał w głowie ułożonych kilka możliwości. Po pierwsze, Malfoy próbuje sobie z niego drwić, po drugie, próbuje go do czegoś nakłonić, po trzecie, próbuje go zwabić do swojego ojca. Brał pod uwagę wszystkie możliwe scenariusze, oprócz tego, który był dosłownie opisany w liście. Szczerze powiedziawszy po przeczytaniu wiadomości poczuł jeszcze większy wstręt do Dracona niż czuł wcześniej, o ile to w ogóle możliwe. Postanowił nie zaprzątać sobie tym głowy, przynajmniej na razie, ale w końcu już dzisiaj miał się z nim zobaczyć. Dziwne, ale przechodziły go dreszcze. 
        Wstał z łóżka wcześniej niż Ron, ale spojrzał na zegarek i obudził przyjaciela, bo pani Weasley zrobiłaby to dużo głośniej. Rudzielec podniósł się powoli usiłując nie zasnął po raz drugi. W końcu poszli umyć zęby i ubrali się w normalne, mugolskie ciuchy. Zeszli na dół na śniadanie, gdzie zastali resztę familii. Molly wciąż ich pospieszała, ale mieli jeszcze dużo czasu. 
- Euj 'Arry, jauuz ybau jem kond a oha - wydukał Ron z ustami pełnymi jedzenia. 
- Przepraszam Ron, nie rozumiem, mógłbyś powtórzyć? - spytał uprzejmie Harry. Rudzielec przełknął to co żuł.
- Mówię, że już chyba wiem skąd ta sowa - odpowiedział, tym razem wyraźnie. 
- Ahhm... - mruknął Harry wyraźnie zaniepokojony tym co przyjaciel może teraz powiedzieć, więc wepchnął sobie do ust ostatni kawałek bułki i wstał od stołu - Dziękuję, pani Weasley, pójdę już na górę, muszę spakować jeszcze parę rzeczy. Wyszedł nie patrząc na Rona, który zrobił podejrzliwą minę, ale wzruszył ramionami i dalej jadł. 
         
          Hermiona odeszła od stołu zaraz po Harry'm. Pobiegła do pokoju żeby poczekać na Ginny, ale zamiast niej w drzwiach stanął Fred. Uśmiechnął się do niej szeroko i zamknął za sobą drzwi. Oczekiwał jej reakcji, ale ona tylko siedziała z uniesionymi brwiami, patrząc na niego zdawkowo. 
- Dzień dobry - przywitał się ironicznie przeciągając sylaby. 
- Witaj - powiedziała Hermiona bezbarwnym głosem.
- Coś się stało? - spytał chłopak, podchodząc bliżej. Mina trochę mu zrzedła. Zastanawiał się co może znaczyć zachowanie Hermiony. 
- Musimy pogadać - oznajmiła krótko. 
            Fred nienawidził, szczerze nienawidził tych dwóch słów. To najbardziej irytujący zwrot, zaraz po: "Zostańmy przyjaciółmi" oraz "Nic mi nie jest". Jednak nie chciał się kłócić. Usiadł więc pokornie koło dziewczyny na łóżku patrząc na nią, ale ona tylko spuściła wzrok, przyglądając się swoim butom. 
- No więc - zaczęła, wciąż na niego nie patrząc - Myślę, że nie powinniśmy tego dalej ciągnąć - wyrzuciła na jednym wydechu. 
           Freda zszokowało to, co powiedziała, nie powinni tego dalej ciągnąć? To znaczy, że z nim zrywa?
- Nie rozumiem, zrywasz ze mną? - wypowiedział na głos swoje myśli. 
- Ja... ja... tak - wypowiedziała to bardzo wyraźnie, ale słychać było, że głos jej się załamał. 
           Chłopak spojrzał na nią pogardliwie. Zabolało. Bardzo zabolało. Bo niby czemu? Nawet nie dała mu powodu? Przecież nie było źle... Nigdy się nie skarżyła. Jeszcze wczoraj śmiali się w najlepsze, ukryci za szopą w ogrodzie, tak by nikt ich nie zobaczył, a dzisiaj... Fred poczuł w oczach łzy, więc wstał, podszedł do drzwi, ale odwrócił się jakby chciał coś jeszcze dodać. Hermiona spojrzała na niego, z nadzieją w oczach, choć nie wiadomo było na co liczyła. Widząc to chłopak zacisnął tylko wargi i wyszedł z pokoju zatrzaskując drzwi. Potruchtał do swojego pokoju, który był tylko parę kroków dalej, wszedł i rzucił się na łóżko. Oddychał ciężko starając się powstrzymać łzy. Zerwała z nim. Akurat w momencie, kiedy czuł, że nigdy mu tego nie zrobi. Ona to potrafi wszystko zepsuć. Pewnie nawet nigdy go tak naprawdę nie kochała. A on kretyn jej uwierzył! Szkoda słów. Ale Fred nie jest taki co popuszcza, o nie. Nie ma mowy. Nie ujdzie jej to płazem. 

          O w pół do jedenastej wszyscy członkowie rodziny Weasley'ów oraz Harry i Hermiona byli gotowi do odjazdu na King's Cross. Zapakowali się do samochodów, które, o dziwo, pan Weasley dostał z Ministerstwa. Na peronie byli akurat o jedenastej, więc Harry nie zdążył podziękować Molly za gościnę, bo musieli się pakować do pociągu. Szybko znalazł przedział i pociąg ruszył. 
- Na co czekacie? Wchodźcie - zaprosił Rona i Hermionę do środka. 
- My... Nie gniewaj się Harry, ale musimy iść z Ronem do przedziału dla prefektów - oznajmiła Hermiona smutnym tonem. 
- Co? Prefe... - zdziwił się Harry, ale nie dokończył myśli, bo Ron wskazał na plakietkę - Dlaczego mi nie powiedzieliście? - spytał z wyrzutem.
- No wiesz... Jakoś nie było okazji - mruknął rudzielec. 
- Jasne... - brunet przewrócił oczami. - Idźcie już. 
         Poszli więc i nic więcej nie odpowiedzieli. Harry siedział sam przez jakieś 10 minut, ale później dołączyli do niego bliźniacy oraz Lee Jordan. George i Lee zaczęli mu opowiadać o smakołykach jakie wynaleźli, ale Fred był coś nachmurzony i jakby, nieobecny. Błądził oczami po przedziale, a w końcu jego wzrok zatrzymał się na oknie i wyglądał przez nie przez resztę podróży. Harry nie zobaczył przyjaciół, ani na stacji w Hogsmeade, ani przy wejściu do Hogwartu. Wpadł tam, na osobę, której nie miał ochoty widzieć nigdzie, nie tylko w Hogracie. Wpadł na Draco Malfoya, znowu zresztą. 


_______
mam nadzieję, że się podobało. 
zostawcie komentarz :3
~PadfootPatti

wtorek, 28 sierpnia 2012

Rozdział 2


siemson.
postanowiłam, że będę dodawać notki częściej, ale będą krótsze.
właściwie będę dodawać co tydzień, a raczej postaram się, ale myślę, że dam radę, bo
w końcu trzeba coś robić na lekcjach przez cały tydzień, nie? C:

         Harry obudził się w dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego. Przez cały ten czas ani razu nie wspomniał o wizycie w Eyelope ani Ronowi, ani Hermionie. Prawdę mówiąc już o tym zapomniał. Wiązało się to z dniem, w którym wpadł na Malfoy'a. Nigdy nie starał się powracać do niego w pamięci. Usilnie starał się o tym zapomnieć, ale jak na razie udawało mu się tylko nie myśleć o tym.
    Spojrzał na zegarek zaspanymi oczami. Była ósma rano, więc Harry nie miał co liczyć na jeszcze chwilę snu. Zsunął się z łóżka i zerknął z ukosa na łóżko Rona, ale było puste. Pewnie jest w łazience, pomyślał wkładając spodnie. Był już ubrany, więc poszedł do łazienki, w której, ku zdumieniu zielonookiego, nie było Rona. Umył się, załatwił inne potrzeby i zszedł na dół, do salonu. Zastał tam dyskutujących Weasley'ów.
- On nie może się dowiedzieć! - mówiła Molly ściszonym głosem. Harry spostrzegł, że byli tam wszyscy oprócz niego. Wszedł do pokoju bez wahania, a wszyscy nagle umilkli. Artur Weasley, ojciec rudzielców schował pospiesznie jakąś gazetę.
- O czym nie mogę się dowiedzieć? - spytał trochę podirytowany.
- Cóż, Molly, skoro on już wie, że coś przed nim ukrywamy myślę, że należałoby mu wyjaśnić - powiedział pan Weasley wyciągając gazetą spod stołu, która okazała się być Prorokiem Codziennym i spojrzawszy kątem oka na Molly, która kiwnęła głową z rezygnacją, kontynuował - No więc Harry, musisz wiedzieć, że przez te wakacje Prorok nie oszczędzał ani ciebie ani Dumbledore'a - tak wiem, prychnął Harry w duchu, ale nic nie powiedział - Piszą, że Sam Wiesz Kto wcale nie odzyskał mocy, a wszystko co opowiadasz to majaki spowodowane na widok martwego ciała Cedrika - Harry'ego ukuło lekko wspomnienie tego wydarzenia, ale dalej milczał.
- Nie chcieliśmy ci tego mówić, bo pomyśleliśmy, że będziesz zły na Ministerstwo i będziesz chciał się zemścić - cóż, pomyślał Harry, bardzo możliwe, że takie byłoby moje pierwsze odczucie, ale w końcu uznałbym, że nie ma sensu walczyć z nieugiętym. 
- Nie potrzebnie się martwiliście. Mam w nosie co pisze Prorok. I mam dość tej pogiętej, tajemniczej atmosfery, która wciąż tu panuje. Rona nie ma w pokoju, poza tym Hermiona co chwila gdzieś się wymyka. Nie wiedziałem o co chodzi, ale teraz widzę, że to po prostu wasze niepotrzebne zmartwienia. Proszę, nie martwcie się o mnie. Nic mi nie będzie - powiedział posyłając im uprzejmy uśmiech.
    Hermiona zamarła gdy usłyszała co Harry o niej powiedział. Fakt faktem, wymykała się, ale tylko żeby spotkać się z Fredem. Spojrzała na niego zaniepokojona, a on tylko uśmiechnął się łobuzersko. Odwróciła wzrok zmieszana i spostrzegła, że Ron patrzył na nią zagadkowo. Poczuła, że się rumieni, więc ukryła twarz pod burzą włosów. Wiedziała, że rudzielec od pewnego czasu czuje do niej coś więcej, ale ona nie mogła powiedzieć tego samego. Uważała go tylko za przyjaciela, a od zawsze podobał jej się Fred. Na szczęście niktnie zwrócił szczególnej uwagi na słowa Harry'ego. Reszta dnia minęła dość szybko. Musieli spakować kufry posprzątać po sobie pokoje i pomóc trochę pani Weasley. W końcu był już późny wieczór. Molly kazała imwcześniej iść spać, bo mieli jutro wstać jeszcze wcześniej niż zwykle, żeby zdążyć na pociąg. Hermiona i Ginny poszły więc do pokoju się położyć.
   
      Harry miał kłopoty z zaśnięciem, ale to wcale nie dlatego, że Weasley'owie powiedzieli mu o Proroku, bo przecież wiedział o tym wcześniej. Chodziło o coś, co stało się jakieś parę godzin później. Dostał sowę, bardzo nieoczekiwaną, o ile może być coś bardziej niż nieoczekiwane. W każdym razie nie rozstawał się z pergaminem, który mu przyniosła i nikomu go nie pokazał, choć wszyscy go o to prosili. Siedział wtedy przy parapecie, odpoczywając chwilę od pakowania. Jak to możliwe, że ich rzeczy były porozwalane po calutkimdomu? W każdym razie zobaczył na niebie zbliżający się kształt i od razu rozpoznał, że była to sowa.  Otworzył okno pozwalając jej wlecieć. Była bardzo zadbana. Cała czarna, a jej pióra połyskiwały leciutko. Chodziła i latała z wysoko uniesionym dziobem. Ron, który usłyszał jej skrzek przybiegł szybko na górę.
- Co to Harry? - spytał - Od kogo dostałeś ten list? - wskazywał na pergamin, który Harry trzymał w ręku.
      Chłopak sam chciał się dowiedzieć, więc szybko rozwinął liścik. Ron podbiegł do niego i Harry, który właśnie przeczytał nadawcę na czas wsunął go do kieszeni. Zrobiło mu się gorąco i poczuł, że pieką go policzki.
- Co? A... nie to... nic takiego - rzucił.
- Ta sowa wyglądała na należącą do bogatej rodziny. Może to od Dumbledore'a? - spytał podejrzliwie, ale Harry nie odpowiedział - Nie, przecież nie było pieczęci... - mruknął sam sobie odpowiadając i wyszedł z pokoju.
     Harry upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu wyciągnął pergamin i postanowił przeczytać cały list. Wcześniej widząc Draco Malfoy, w podpisie od razu przypomniał sobie spotkanie z nim na Pokątnej. Znów serce zabiło mu mocniej i przestało przyspieszać dopiero gdy doczytał go do końca. Zlał się cały potem. Schował wiadomość w spodniach i poszedł do łazienki, żeby oblać się wodą. Przez cały dzień czuł się jakoś dziwnie. Reszta tego nie zauważyła. Tylko Ron zerkał na niego podejrzliwie.
    Teraz, kiedy wszyscy już spali, a Harry był pewny, że nikt go nie podejrzy wyciągnął list po raz kolejny.
Harry, 
Dużo myślę o tym co się stało i doszedłem do wniosku, że zbyt ostro traktowałem cię przez ostatnie cztery lata. Mam nadzieję, że nie nienawidzisz mnie tak bardzo jak myślę i że uda mi się ciebie jakoś przekonać do rozejmu. Uważam, że moglibyśmy się dogadać. Oczywiście nie nalegam, ani nie przymuszam cię żebyś mnie przeprosił. To ja przepraszam. Zachowywałem się jak ostatni dupek. Nie wiem czemu dopiero teraz to widzę, może dlatego, że dorosłem i nie jestem już taki dziecinny. 
     Reszta część listu była starannie zamazana, jednak Harry rozszyfrował to co było tam napisane, a właściwie po części.
Zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę tylko (niewidoczny wyraz) ci przyjaciół, sławy, ale chyba najbardziej (ten wyraz była tak starannie zakreślony, że Harry nie rozszyfrował nawet literki). Lubię cię, chyba nawet (znowu nie do rozszyfrowania). 
Pozdrawiam i (znowu niewidoczne), 
Draco Malfoy.
       Ta końcówka była zakreślona, ale pod nią było jeszcze, już normalni napisane:
Do zobaczenia w Hogwarcie, 
Draco Malfoy. 


_______
mam nadzieję, że się podoba i liczę na opinie w komentarzach, dzięki 
~Padfoot Patti


niedziela, 29 lipca 2012

Rozdział 1


Rozdział 1
„Co tylko chcesz”

     Po zjedzonym śniadaniu rodzina Weasley’ów, Harry oraz Hermiona zdecydowali się udać na ulicę Pokątną, by zrobić zakupy. Za pomocą proszku Fiuu przenieśli się na słynną aleję. Artur Weasley zarządził, że on i Molly pójdą po podręczniki, a „dzieciaczki” będą miały trochę czasu na smakołyki lub sklep miotlarski. Tam właśnie po namowach Ginny poszła Hermiona. Harry, Ron i bliźniacy uciekli na słodkości. Kupili sobie po wielkiej porcji lodów. Harry wybrał orzechową, malinową i o smaku soku z dyni.
- Za chwilę wrócę, muszę iść do Eyelope kupić Hedwidze smakołyki – rzucił odchodząc.
       Zostały mu już tylko dwie gałki. Skierował się do sklepu skupiając całą swoją uwagę na jedzeniu. Skręcił właśnie w lewą alejką, na której znajdował się sklep Eyelope. Nagle poszuł, że na kogoś wpada. Lód wylądował na koszulce jakiegoś blodnyna o szaroniebieskich oczach. Całkiem przystojny, pomyślał Harry zanim zdał sobie sprawę, że wpadł na… Malfoy’a! Wybałuszył na niego oczy i już szykował się na cios, kiedy Draco wrzasnął:
- Coś ty narobił?! – wpatrywał się w plamę na swojej koszulce. Najwyraźniej jeszcze nie zauważył kto na niego wpadł.
- Przepraszam Draco, ja…  - powiedział pospiesznie Harry urywając w połowie, bo blodnyn gwałtownie podniósł wzrok. Najpierw wydawało się, że Malfoy zamierza zaatakować zielonookiego, ale jego twarz wyrażała bardziej zdziwienie. Wpatrywał się w niego przez chwilę. Harry nie wytrzymał i spytał:
- No co?
- Nic, po prostu – na twarzy szarookiego malowało się zakłopotanie – Powiedziałeś Draco.
- Tak idioto, to twoje imię! – odburknął poirytowany Harry – Chodź stań gdzieś z boku, musisz to z siebie zdjąć – wskazał palcem na brudną koszulkę chłopaka.
- A ty, idioto jesteś czarodziejem – odgryzł się Draco i wyciągnął różdżkę – Chłoszczyć -
mruknął i plama zniknęła. Malfoy schował różdżkę do kieszeni.
- Myślałem, że nie można używać czarów poza Hogwartem – zauważył Harry. Draco prychnął.
- Jestem Malfoy’em – uśmiechnął się szyderczo z lekkim triumfem na twarzy. Kiedy jak kiedy, ale w takich momentach mógł się chwalić pochodzeniem.
- Taa… - mruknął Harry. – Muszę lecieć. Do zobaczenia – powiedział odchodząc.
- Jasne… Do zobaczenia, Harry – mruknął Draco, kładą cnacisk na imieniu chłopaka, który był już jednak zbyt daleko żeby usłyszeć.
        Harry szedł szybkim krokiem. Zastanawiał się co to przed chwilą miało znaczyć. Nienawidził Malfoy’a odkąd spotkał go u Madame Malkin. Dlaczego nazwał go Draco? Z paniki? Przypomniał sobie, że pomyślał o blondynie jako o przystojnym, być może godnym jego uwagi. Spłonął czerwonym rumieńcem na samo wspomnienie, którego pozbyłby się za wszelką cenę. Wszedł do sklepu Eyelope. Przed wejściem obejrzał się jednak w stronę gdzie przedtem stał Draco. Już go nie było. Przy ladzie w sklepie stała ładna, młoda czarownica o orzechowych oczach i kasztanowobrązowych włosach.
-Dzień dobry - przywitał się grzecznie Harry.
-Witam - odpowiedziała dziewczyna nie patrząc na chłopaka. Podszedł do lady.
-Poproszę te smakołyki dla sów - powiedział wskazując na prostokątne pudełko na półce.
         Dziewczyna spojrzała na niego i otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. Jakby na pokazanie jak bardzo jest zdziwiona dodatkowo opuściła słoik z pasikonikami. Szkło rozbiło się i po sklepie zaczęły skakać małe stworzonka. Harry szybko schylił się i zaczął wyłapywać owady. Czarownica nie ruszyła się z miejsca, by pomóc Harry'emu. Trochę go to zirytowało. Gdy pozbierał wszystkie pasikoniki wręczył je dziewczynie do rąk.
-Nie ma za co - uśmiechnął się trochę złośliwie, ale wcale nie specjalnie.
        Kasjerka dalej się ruszała ani nic nie odpowiedziała. Harry już do całości wyprowadzony z równowagi przeszedł za ladę i sam ściągnął z półki pudełko ze smakołykami. Rzucił galeona na ladę i już wychodził kiedy usłyszał krzyk dziewczyny.
-Proszę p-p-p-poczekać! Ja nie mogę tego przyjąć! - wyjąkała, więc Harry odwrócił się i podszedł z powrotem do czarownicy.
-Skoro już możesz rozmawiać to tyle kosztują smakołyki, a więc położyłem ci na ladzie galeona i wyszedłem skoro ty nie mogłaś się ruszyć - powiedział nie kryjąc zdenerwowania.
- P-p-pan Harry P-p-potter? - wyjąkała znowu jakby w ogóle nie usłyszała tego co powiedział.
- Tak - skłonił się lekko.
- Aria - podała mu rękę, uścisnął ją lekko i zaraz puścił.
- Witaj Aria. A teraz jeśli pozwolisz opuszczę ten sklep - powiedział i skierował się do wyjścia.
- Chcę żeby pan wiedział, że razem z rodzicami nie wierzymy w to co piszą w Proroku - powiedziała do jego pleców.
     To co piszą w Proroku? Piszą o nim w Proroku? Nie wiedział o co chodzi, bo nie miał dostępu do świata magii przez cały pobyt u Dursley'ów, a Weasley'owie nic mu nie powiedzieli. Wrócił do chłopaków w jeszcze gorszym nastroju. Zupełnie zapomniał już o spotkaniu z Draco. Hermiona, Ginny i państwo Wealey'owie też już byli. Najwidoczniej czekali tylko na niego. Hermiona szła na końcu, razem z Ginny i słuchała jej paplaniny o miotłach. Nie słuchała jej. Nawet nie udawała, że ją to interesuje. Patrzyła na Freda i zastanawiała się czy pamięta jeszcze o tym co zdarzyło się wczoraj wieczorem. Na pewno nie miało to dla niego znaczenia. Na pewno nie zastanawiał się nad tym przed snem jak Hermiona. Nagle obok siebie poczuła czyjeś ramię i na pewno nie była to Ginny. Odwróciła głowę i spojrzała do góry. Obok niej szedł Fred.
- Miałabyś coś przeciwko gdybyśmy na chwilę odłączyli się od grupy? - zapytał z łobuzerskim uśmiechem, który tak bardzo lubiła.
- Nie ma sprawy - uśmiechnęła się, ale czuła, że oblewa się czerwonym rumieńcem.
      Zboczyli więc z trasy wchodząc w uliczkę po prawej stronie. Zatrzymali się przed jakimś zamkniętym sklepem.
- Ymm... Słuchaj, bo... Dużo myślałem o tym, co stało się wczoraj i... - widać było, że rozmawianie na osobności sprawia mu więcej kłopotów niż zaczepienie jej w towarzystwie.
- Kontynuuj - uśmiechnęła się próbując go zmusić, by mówił dalej.
- No i tak sobie myślałem, że jeśli... Jeśli coś dla ciebie znaczę to może... Może chciałabyś być ze mną? - ostatnie zdanie wypowiedział na jednym wydechu i to tak szybko, że Hermiona mało co go zrozumiała. Oblała się jednak kolejnym uroczym rumieńcem i tym razem zamiast mu odpowiedzieć zbliżyła się do niego i złożyła na jego ustach pocałunek.
- Czy to znaczy, że tak? - spytał uśmiechając się i odrywając od Hermiony.
- Tak głuptasie - powiedziała i delikatnie musnęła jego usta swoimi.
      Dogonili resztę ekspedycji. Fred spróbował złapać ją za rękę, ale ona szepnęła:
-Wolałabym zatrzymać to w tajemnicy, przynajmniej na razie.
- Co tylko chcesz... - odpowiedział Fred.

cdn.









środa, 4 lipca 2012

Prolog



Hej jestem Patti. Cóż piszę już opowiadania fan fiction o tematyce Potterowskiej od jakiegoś czasu, tyle że jeszcze nigdy na blogu. To mój pierwszy. Na potrzeby opowiadania bliźniacy są o rok młodsi. Dla wyjaśnień Hermiona jest rok starsza od Harry'ego i Rona, bo urodziła się we wrześniu 79 roku. Nie mogła wtedy iść do Hogwartu, bo trzeba mieć UKOŃCZONE 11 lat. Tak więc poszła tam rok później. Na początek prolog, więc ENJOY!

Prolog... 

            Rudowłosy chłopak siedział w swoim pokoju. Rysował coś na kartce. Miał szesnaście lat, a na imię mu było...
- FRED! - krzyknęła z dołu jakaś kobieta, najprawdopodobniej matka Freda. - KOLACJA!
            Nie odpowiedział. Nie miał najmniejszego zamiaru. Czemu? Po prostu mu się nie chciało. Jakieś pięć minut później do pokoju weszła średniego wzrostu dziewczyna, o pięknych, grubych, brązowych włosach i oczach tego samego koloru. Była w wieku chłopaka. 
- Fred, twoja mama woła cię na kolacje, nie udawaj głuchego - rzuciła ironicznie podnosząc brwi. 
- Nie jestem głodny - odburknął, nawet na nią nie patrząc.
- Daj spokój i chodź ze mną - wyciągnęła do niego rękę. Rudzielec spojrzał na nią spode łba, przymrużając oczy. 
- A co jeśli nie? - spytał udając przemądrzałego. 
- Chyba będę musiała cię zmusić - uśmiechnęła się.
             Podeszła do niego wciąż się uśmiechając. Złapała go za rękę i pociągnęła ku drzwiom. Fred zaciekle zapierał się nogami o podłogę. Wtem spojrzenie Hermiony, bo tak miała na imię dziewczyna padło na komodę pod ścianą. Była tu tyle razy, a nigdy nie zauważyła fotografii, oprawionej w złotą ramkę. Podeszła bliżej puszczając Freda. Przedstawiała ona bliźniaków, małych, upapranych czekoladą na całej twarzy. Zachichotała i odwróciła się do jednego z nich.
- To ty? - spytała powstrzymując się ze śmiechu. - Dziwne, nigdy wcześniej tego zdjęcia nie widziałam.
- Mama się uparła, żeby je tu postawić - odpowiedział trochę urażony chichotaniem dziewczyny. Widząc jego nachmurzoną minę Hermiona zaczęła się śmiać już głośniej - No co? Śmiejesz się ze mnie? Śmiejesz się? Ja ci zaraz dam! - powiedział.
             Podszedł do niej łapiąc ją za brzuch. Zaczął ją łaskotać. Dziewczyna próbowała się wyrwać, ale jakoś jej nie wychodziło. Złapała go więc za ręce i odwróciła się w jego stronę. Ich twarze dzieliły centymetry. Hermiona poczuła oddech Freda na swoich ustach. Serce zakołatało jej mocniej w piersi. Bała się, że chłopak to usłyszy, ale go nie puściła. Stali tak przez dłuższą chwilę, która dla niej trwała wieki. Głuche milczenie przerwał odgłos kroków na schodach. Szybko odsunęli się od siebie akurat w momencie, w którym w drzwiach pojawił się chłopak o ciemnych włosach, zielonych oczach i okrągłych okularach na nosie. Na czole widniała blizna w kształcie błyskawicy, przez którą wszyscy czarodzieje na świecie go rozpoznają, wszyscy znają jego imię.
- Hermiono miałaś go zawołać, a tymczasem nie ma cię od 10 minut. Pani Weasley się zaczyna denerwować - powiedział Harry. 
              Naprawdę 10 minut?, pomyślała Hermiona, Aż tyle? Niemożliwe... Odetchnęła głęboko i szybko odpowiedziała:
- Masz rację, zagadaliśmy się trochę - rzuciła do Harry'ego uśmiech i mijając go wyszła z pokoju. Nawet nie spojrzała na Freda, który wydawał się być bardzo niepocieszony wizytą zielonookiego. 

              Draco siedział w swoim apartamencie. Czytał kolejny list miłosny od Pansy, który przypominał każdy z tej setki, którą zdążył już dostać przez wakacje. Cały napisany był czerwonym atramentem. Treściowo nie był zbyt bogaty. Za każdym razem, gdy Pansy opisywała wszystko co robiła przez cały dzień, nagle przerywała, by opisać jak zachowanie ptaka siedzącego na gałęzi przypominało jej "Drrracusia", albo żeby powiedzieć jak bardzo za nim tęskniła gdy mijała jakieś zakochane pary na ulicy. Czytając to miał ochotę się wyrzygać, a jego odpowiedzi, których było znacznie mniej zawsze brzmiały tak samo, czyli: "Spieprzaj Pansy, nie jesteśmy razem". Nie chciał być taki wredny, ale do tej dziewczyny nic, a nic nie docierało. 
             Poza tym miał na głowie gorsze sprawy. Takie jak ojciec, ojciec, Harry, ojciec... Zaraz czy on pomyślał Harry? Tak, ten bliznowaty chłopak zajmował już chyba stałe miejsce w jego umyśle. Szczególnie teraz, w wakacje. Nie wiedział czemu. Przecież go nienawidził, od zawsze tak było. Coś się zmieniło? Miał nadzieję, że nie. Przecież Potter zadawał się z tą szlamą, Granger i zdrajcą krwi, Weasley'em. Ale czy go to denerwowało? Czy możliwe było, że po tym wszystkim poczuł do niego jakąś... sympatię?
           Ojciec wywierał na nim ciągłą presję. Czysta krew, czysta krew. Nic poza tym. Ostatnio podczas obiadu gdy ojciec prawił o tym, że Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać ufa mu bezgranicznie, Malfoy'owi wydarło się lekkie parsknięcie czym według Lucjusza zasłużył na tortury. Draco nie wiedział co to oznaczało. W młodszych latach chodziło o brak kieszonkowego, a nie klątwę Cruciatus...




No to na tyle :> Piszcie czy się podobało i czy mam pisać dalej .
Patti.